08 Wrz Dzieci to pierdoły, bo ich rodzice są pierdołami.

 

„Jesteś biedny i nieszczęśliwy nie dlatego,
że Bóg tak chciał, ale dlatego, że twój ojciec
wpoił ci, że tak musi być.”
Henry Ford

Trawię, trawię i strawić nie mogę tego co przeczytałam. Od trzech dni toczy się w sieci dyskusja na temat tego jakie to rośnie nam pokolenie niedorajd, ostatnich łamag, życiowych nieudaczników, maruderów i nieszczęśników. Czy naprawdę według autora artykułu (KLIK), do którego się odnoszę, wszystkie dzieci to zombie, z przyklejonymi łapkami do tabletów, niezorientowanymi w otaczającej ich rzeczywistości, unikającymi konfrontacji z życiem, bez celów i ambicji? 

Tak jak z zasady odrzucam stereotypy, tak nie znoszę generalizowania i wrzucania do jednego wora wszystkich, w tym przypadku dzieci, z których każde z osobna to przecież odrębna jednostka społeczna z indywidualnymi potrzebami, możliwościami i predyspozycjami. Każde dziecko jest inne, ma inne geny (otrzymane zresztą od rodziców), wychowywane przez rodziców i to oni ponoszą odpowiedzialność za ich zachowania, podejście i oczekiwania względem życia czy ewentualne ukierunkowanie.

Sporo osób (w tym bezdzietnych) ochoczo udostępnia powyższy artykuł nie zamieszczając żadnego komentarza, więc tak naprawdę nie wiadomo jakie jest ich zdanie (przypuszczalnie identyfikują się z jego treścią) lub komentując w jednostajny sposób i przytakując: „tak, tak”, „dzieci to pierdoły”, „oto cała prawda o współczesnych dzieciach”.
A ja mam pytanie. Czy kiedy byliście dziećmi, Wasze poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości nie zależało od tego na ile pozwalali Wam rodzice? Czy nie kombinowaliście jak umilić i ułatwić sobie w trudnych chwilach życie? Jesteście w stanie przysiąc, że nigdy nie wykorzystywaliście innych do osiągnięcia własnych celów?

Nie zamierzam rozkładać treści artykułu na czynniki pierwsze, na pewno zrobili to już wcześniej parentingowi, odniosę się jedynie do kilku kwestii, które mnie zajmują – tych, z którymi jestem skłonna się zgodzić z autorem tekstu i tych, które uważam za totalne bzdury:

Tyrania optymizmu

„Dzieci żyją w tyranii optymizmu, przekonane, że mogą wszystko, że mają równe szanse, że wystarczy chcieć, by mieć.”
Nie wiem czy autor chciał nawiązać do amerykanizacji naszego życia czy miał coś innego na myśli, ale szczerze powiedziawszy obserwując dzieci, w towarzystwie których przebywam, stwierdzam, że choć to pogodne, wesołe i beztroskie (przywilej młodego wieku) dzieciaki, to mają świadomość tego, że nie ma czegoś takiego jak równość. Te dzieci widzą przewijające się w telewizji obrazy, słyszą rozmowy dorosłych, zadają zbyt dojrzałe jak na swój wiek pytania, uczęszczają również do szkół społecznych, uczą się w klasach integracyjnych, mają oczy, własny rozum i widzą, że świat nie jest otwarty dla wszystkich, a los dla każdego równie sprawiedliwy. Te same dzieci są również pełne empatii i zrozumienia dla trudniejszej sytuacji kolegów i koleżanek, dlatego im pomagają, nie tylko podając rękę w potrzebie, ale też dzieląc się swoimi zabawkami, ubrankami i czasem wolnym. Gdzie tu kryzys wartości? Te dzieci wiedzą również, że trzeba uczciwie pracować, dać wiele z siebie, żeby otrzymać coś w zamian.
Jeśli Twoje dziecko jest zbyt roszczeniowe, to Twoja wina. Jeśli jest bezczelne, leniwe i samolubne, najwyraźniej takie wartości mu przekazałeś drogi Rodzicu.

Zgodzę się natomiast z tym, że nie sztuką jest wychowanie „praise junkie”, lecz docenianie wysiłku i pracy włożonej w starania dziecka. Chwalenie na każdym kroku i utwierdzanie, że we wszystkim jest najlepsze lub dla kontrastu wmawianie mu, że do niczego się nie nadaje, wywlekanie jego słabszych stron, wyśmiewanie, skupianie się na tym, co mu nie wyszło, jest destrukcyjne i zaniża jego poczucie własnej wartości.

Bezradność i brak samodzielności

Obóz harcerski, na który tak obszernie powołuje się autor publikacji, nie jest jedynym wyznacznikiem zaradności życiowej i usamodzielniania się przez dziecko. Znam dzieci, które jeżdżą na obozy harcerskie, a nie potrafią znaleźć skarpetek do pary we własnym domu czy przewidzieć tego, że jak zostawią książkę w ogrodzie, to w nocy może zlać ją deszcz. Znam też takie co nie jeżdżą na obozy, a ogarniają swoje „podwórko” lepiej niż nie jeden dorosły.

To prawda, że dzisiejsze dzieci żyją w świecie nakazów i zakazów, ale też świecie pełnym zagrożeń i lęków dorosłych, dlatego już od najmłodszych lat zapewne uświadamiamy im na co powinny zwrócić uwagę, żeby zadbać o swoje bezpieczeństwo, kiedy nie ma w ich pobliżu zaufanej osoby. Kiedy byliśmy małymi dziećmi nikt z nami w ten sposób nie rozmawiał, nie straszył, nie manipulował naszą naiwnością i beztroską.

Z drugiej strony trudno wyprzeć fakt, że rodzice mają podstawy do niepokoju dopóty dopóki po świecie będą chodzić pieprzeni pedofile, łowcy skór i handlarze dziecięcych narządów. Moja córka błaga mnie od pierwszej klasy szkoły podstawowej o samodzielny powrót do domu na rowerze (odległość ok. 3 km). Sęk w tym, że musiałaby pokonać najbardziej ruchliwą ulicę w naszym miasteczku, mijać wiele zalesionych miejsc i choć czasem jej na to pozwalam, wierzcie mi, boję się o nią i nie wstydzę się swojego lęku. Tu nie chodzi o samodzielność (z tym nie mam żadnego problemu), tylko o jej zdrowie, a może i życie, więc mam gdzieś to czy w takiej kwestii ktoś uzna mnie za matkę-helikoptera czy nie. Moim obowiązkiem jest chronienie małego dziecka, a nie igranie z losem.

Często natomiast widzę rodziców, babcie, ciocie, opiekunki nadmiernie „pochylające” się nad dzieckiem i irytuje mnie ton ich wypowiedzi sugerujący maluchom, że za chwilę stanie im się coś złego. To nie dzieci są pełne obaw i lęków, że upadną, ubrudzą się, skaleczą, lecz dorośli, którzy często z własnej wygody lub po prostu głupoty wciskają im gotowy szablon postępowania. I to jest krzywdzące dla dziecka, które – daję słowo – nie ma ochoty ograniczać swojej swobody w imię czystych spodni, a samodzielności i zaradności uczy się poprzez własne doświadczenia. Pozwólmy więc im biegać, przewracać się, popełniać błędy, eksperymentować, jasno formułować swoje poglądy, a przede wszystkim zajmować się tym, co je interesuje. W przypadku małych dzieci, to dorośli mają największy wpływ w kwestii postrzegania przez nie otaczającego je świata, zaspokajania ich naturalnej ciekawości, tego w jaki sposób poradzą sobie wśród rówieśników i czy wkraczając za kilkanaście lat do świata dorosłych, będą otwarte, chętne do współpracy i pewne swoich możliwości, czy wręcz przeciwnie, pełne lęków i obaw w kwestii sprostania oczekiwaniom np. przyszłego pracodawcy.

Z moim obserwacji wnioskuję jednak, że nie wszystkie przedszkolaki to uczepione babcinego fartucha zlęknione maluchy i nie wszystkie nastolatki to roszczeniowi, rozpuszczeni i zarozumiali młodzi ludzie zapatrzeni jedynie we własne ego. Uważam, że współczesne dziecko strefę swojego komfortu opuszcza dość wcześnie, bo już w pierwszych latach szkoły podstawowej, kiedy musi włożyć naprawdę sporo pracy w naukę (liczne zajęcia edukacyjne), z czego apogeum stanowi podejście do testu szóstoklasisty, a potem gimnazjalnego. Faktem jest, że rodzice często pragną wyręczać dzieci w ich obowiązkach zasłaniając się natłokiem zajęć narzuconych na dziecko przez nich samych. Na własne oczy widziałam szaleństwo rodziców, kiedy mój syn przygotowywał się w tym roku do testu gimnazjalnego (mówimy o 15-latkach!). Presja związana z przygotowaniem młodzieży do egzaminu, od którego zależało dostanie się do dobrego liceum w stolicy była przede wszystkim narzucona przez rodziców straszących swoje latorośle rankingami i fundujących swoim dzieciakom liczne korepetycje. No bo bez nich ani rusz. Mój syn nie zgodził się ani na jedną lekcję korepetycji i dostał się do dobrej szkoły (tej, która wybrał zresztą samodzielnie), bo wykonał pracę, która należała do jego obowiązków wierząc, że to zaowocuje w przyszłości. Nie ingerowałam ani w jego plany, ani w jego wysiłek, bo chciałam, żeby miał poczucie, że to co osiągnie zawdzięcza tylko i wyłącznie sobie.

„Wzrost postaw roszczeniowych idzie w parze z wyuczoną bezradnością. Jedni biorą pastylki, inni ukrywają ją za drogim ciuchem, autem czy gadżetem. Lęk i bezsilność przykrywają tysiącami znajomych na portalach społecznościowych i kolekcjonowaniem lajków dla każdego swojego działania. Jeszcze inni korzystają z usług coachingu, gdzie płacą za odkrywanie ich własnego ja. To patologia.”
Wytykając nieudacznictwo, brak zaradności i samodzielności, mówimy o tych samych dzieciach, które dostają się do najlepszych liceów w kraju bez egzaminów wstępnych, bo są laureatami olimpiad przedmiotowych? Czy autor ma na myśli tych, którzy w wieku 14 lat biegle władają dwoma językami obcymi, swobodnie korzystają z narzędzi jakimi są współczesne media, doskonale orientują się w sytuacji politycznej, gospodarczej i ekonomicznej świata, samodzielnie dokonują wyboru szkół nierzadko oddalonych od miejsca zamieszkania o 25 km, pielęgnują swoje pasje poświęcając im każdą wolną chwilę i uparcie dążąc do doskonałości, a w nastoletnim wieku wiedzą co chcą w życiu robić i podporządkowują temu swoje zainteresowania? Jakoś nie lękam się o przyszłość tych dzieci, a przypadki, na które powołuje się autor artykułu pewnie są, ale ja na szczęście nie mam z nimi do czynienia. I obym nie miała.

Kwestie bezpieczeństwa

Nie przemawia do mnie teoria, że kiedyś nie było ratowników, obowiązku noszenia kasku na głowie i kampanii społecznych przestrzegających przed niebezpieczeństwem, za to ojciec mógł bezkarnie prać dzieciaka za błędy ortograficzne w zeszycie od polskiego.
Mam ryzykować zdrowiem lub życiem własnego dziecka
, żeby ktoś – broń Boże – nie uznał mnie za nadopiekuńczą matkę? Ma podzielić los Schumachera, żeby upadając na głowę nauczył się, że może to przynieść nieodwracalne skutki? Mam przymykać oczy na agresję sąsiada, bo to hartuje skórę? Sorry, nie.

Podobnie z kwestią używek i granic, które dzieci przekraczają. Zawsze je przekraczały, zawsze próbowały nowych i zakazanych rzeczy, tyle, że kiedyś nie miały tak łatwego do nich dostępu i tak szerokiego wyboru. Kto im to dzisiaj zapewnia? Ano dorośli. Gdzie są w tym momencie rodzice? Może zbyt pochłonięci sobą, żeby skutecznie uświadomić dzieciaka o płynących z faktu zażywania niebezpiecznych substancji zagrożeniach.

Agresja i bezmyślność

Przy dzisiejszym dostępie dzieci do wspólczesnych mediów, wiedzą one i widzą więcej, niż pokolenie naszych ojców czy dziadków. Otrzymują tym samym więcej bodźców, nie widzę więc potrzeby dokładania kolejnych i utwierdzania dziecka, że powinno regularnie dostawać po twarzy, żeby być twardszym i pewniejszym siebie. Tyle mówi się o tym, że agresja budzi agresję, więc nie mogę zgodzić się ze stwierdzeniem autora, że mężczyzna musi stawiać czoła przemocy siłą. Przykro mi, ale swoje dzieci uczę stosowania siły argumentu, a nie prawa pięści. Jeszcze nigdy się nie sparzyły i doskonale radzą sobie w środowisku.

A jeśli widzę taki oto komentarz (poniżej) pod artykułem, to współczuję gościowi, który ma problem ze sobą, bo dał zły przykład prawdopodobnie niespecjalnie przykładając się do wychowania własnych dzieci:
„jak tylko zobaczyłem tytuł ,wysłałem linki do artykułu dwóm osobom w moim domu ,które są absolutnie produktem tych czasów, bo to na człowieka tylko wygląda.Nie spodziewam się przeczytania bo „to” jest tak mądre, że już nic wiedzieć nie potrzebuje (ma to odpowiednio 12 i 16 lat) ale niech wie to to, że nie są tacy nie do ogarnięcia bystrym rozumem” (pisownia oryginalna).

„43 proc. Polaków mieszka razem z rodzicami”

Jeśli to prawda, przyznaję, zgroza. Ale czyja to wina? Dzieciaka? Nie, ten zawsze skorzysta na dobroduszności i hojności rodzica. Wybierze też bardziej praktyczne i wygodne dla siebie rozwiązanie. Podobnie jak dorosły. 1:1. Sprawa jest prosta. Rodzice zbyt późno decydują się na odcięcie pępowiny naiwnie wierząc, że nastąpi to samoistnie, a potem budzą się z letargu twierdząc, że coś przegapili, jakiś błąd w wychowaniu popełnili.
Rozmawiałam kiedyś z ojcem 26-letniej córki wciąż mieszkającej w rodzinnym domu (czytaj: na garnuszku rodziców) i rzeczywiście wyszło na to, że żal mu córki, bo „młodzi teraz tak trudno mają”. Mają dużo prościej niż kiedyś, bo mają więcej możliwości. Muszą tylko wyciągnąć do nich rękę i chcieć stawić czoła nowym wyzwaniom.

Edukacja

Co do edukacji w Polsce to kwestia systemu i po części rodziców wciskających dzieciaki na wszystkie możliwe zajęcia pozalekcyjne, byle nie było gorsze od dzieci znajomych. Od lat trąbi się o tym, że polska szkoła źle naucza, kładzie do młodych głów mnóstwo nieprzydatnych treści, a dzieciaki są przemęczone, bo rodzice dają się ponieść fali robienia z nich potencjalnych maszynek do zarabiania pieniędzy. Niech same wybierają, niech same decydują i próbują zarobić pieniądze na tyle ile potrafią. Jeśli się sparzą, zrozumieją, że muszą wziąć los w swoje ręce i zadbać o właściwe kwalifikacje.

Unikanie aktywności

Wprawdzie statystyki są bezlitosne, otyłość u dzieci w naszym kraju rośnie w zastraszającym tempie, ale to niektórzy rodzice lub trudna sytuacja lokalowa szkół (szkoły są przepełnione i nie wszyscy mają dostęp do sali gimnastycznej) powodują ograniczenia w ruchu dziecka. Pomimo tych przeszkód, dzieci, które znam lgną do sportów, uwielbiają być aktywne, pragną naśladować swych rodziców, o ile Ci nie spędzają dnia przed telewizorem. W okolicy, w której mieszkam, codziennie widzę mnóstwo rodzin aktywnie spędzających wolny czas, a spacer, jazda na rowerze czy rolkach ustępują masowym imprezom publicznym o charakterze sportowym, w których udział bierze cała lub część rodziny. Wspólnie. Jeśli rodzic nie uprawia sportu, dziecko też go unika. Proste.

Pod kloszem

Zacznę od tego, że te „mało samodzielne”, „nie radzące” sobie w świecie konkurencji, wepchnięte mimowolnie przez dorosłych w wyścig szczurów współczesne dzieciaki nie zawsze dadzą się trzymać pod kloszem. Według mnie współczesne dzieci mają duże ambicje, żeby się uczyć, brać czynny udział w wielu ważnych inicjatywach społecznych (osobiście widzę wzrost zaangażowania młodych w akcje społeczne), więcej czasu spędzają z rówieśnikami niż przed komputerem, a siedzenie w domu coraz częściej zastępują zajęciami związanymi z ich zainteresowaniami.

Nie znam też rodziców, którzy w tak pochopny i bezmyślny, jak sugeruje autor publikacji, sposób podają dzieciom antybiotyki przy pierwszym objawie choroby. Może z racji mieszkania z dala od blokowiska, a bliżej natury, obserwuję raczej trend mający na celu hartowanie dzieci i wypracowujący w nich odporność w sposób naturalny, a nie trzymający je pod przysłowiowym kloszem.

Współczesny rodzic stawia na zdrowy i rozsądny styl życia, świadomie troszcząc się o właściwą dietę swojego dziecka, aktywność fizyczną i edukację, choć oczywiście zdarzają się przypadki (znowu u dzieci w bardzo młodym wieku), kiedy rodzic wpływa np. na przedszkole prosząc o specjalne traktowanie lub nie wyprowadzanie dziecka na dwór z powodu niskiej temperatury. W poprzednim przedszkolu mojej córki zdarzało się, że dzieci były „trzymane” w murach budynku w przypadku brzydkiej pogody na wyraźną prośbę niektórych rodziców, którzy obawiali się przeziębienia, a co za tym idzie brania zwolnienia lekarskiego, co miało nie podobać się ich pracodawcy. Dzieci więc „kisiły” się i wymieniały własnymi smarkami, zamiast gubić je na świeżym powietrzu. Na szczęście nasze obecne przedszkole potrafi współpracować i dogadać się z rodzicami w kwestii zdrowego trybu życia i rozsądnego podejścia do wychowania.

Reasumując, artykuł ma być zapewne m.in. ostrzeżeniem przed szerzącym się zjawiskiem zakłócania przez dorosłych naturalnego procesu usamodzielniania się przez dziecko, ale zbyt mocno uderza w dzieci, a za mało nawiązuje do ich rodzicieli. Może by tak więc napisać w tym kontekście co nieco o rodzicach?

A Wy co sądzicie na ten temat postrzegania dzieci jako zombie i pierdoły życiowe?

Poprzedni artykuł
Następny artykuł
Podziel się:
Aleksandra Bohojło
esencja@esencjablog.pl